Ostatki, przebierańce czy komedianci – święto obchodzone dzień przed Środą Popielcową, do dziś żywo obchodzone w Łęczyckiem. W XIX w. odbywały się w karczmie i przypominały poznański i kujawski podkoziołek. Miskę z koziołkiem wystruganym z drewna stawiano przy skrzypku tzw. graczu, graczyku. Chłopcy podchodząc do niego wrzucali pieniądze do miski pod koziołka (stąd też nazwa) i wykupywali taniec z panną. Każdej parze grano oberka „na życzenie”. Zabawa trwała dopóty dzwon kościelny nie oznajmił Popielca. (Zob. DWOK, t. 22, str. 25)
Z badań w XX w, robionych w latach 60. – 70. wynika, że kolędowanie ostatkowe opierało się na chodzeniu po chatach. Komedianci przebrani byli za dziada, babę, Cygana, Cygankę, Żyda oraz niedźwiedzia, którego prowadzono na postronku. Miś popisywał się zręcznością, robił przewroty, podnosił ciężary, karykaturował zachowania gospodarzy, tańczył z domownikami. Cyganka wróżyła, baba domagała się wynagrodzenia, wszystko to było okazją do żartów i śmiechu. W dużej mierze kolędowanie ostatkowe opierało się na muzykantach. W późniejszych latach konkretne postacie, a także scenki zanikły. Nadal jednak zabawa i żarty są głównym elementem kolędy. Grupa grając, śpiewając i robiąc różne figle chodzi po domach, sklepach, urzędach. Do cukrowni chodzilim, do wójta, gdzie tam tylko. Ło jeju, to było, gralim, zabawa była, aby tego! Przebrania były, każdy miał, nawet stare, poważnie ci mówię (Paweł Ladorucki).
Kolędnicy zwani także dziadami, chodzili również po domach. Zwykle chodziły dzieci, ale dorośli także. Wszyscy rozmówcy podkreślają, że istniała dowolność w tekstach i śpiewie u dziadów. Takie mówisz jakżeś teraz dziadym, idziesz na ostatki to ty chodzisz, tak jakby dziod po prośbie chodził, żeby coś dostać no (Władysława Wróbel). Zwykle zaczynano od formułki: Przyszliśmy tu na ostatki, nie mamy ojca ani matki. W różnych wariantach. Oj ostatki ostateczki, ni mom ojca ni mateczki, ojca kijim, matke połkom, niech nie chodzom za gorzołkom. / Przyszliśmy tu na ostatki, a bo ni mom ojca, matki, a jo bidny dziod, co ja bede jod. Na śniadanie czarnom kawe, a na obiod suchy gnot (Władysława Wróbel). Później mówiono dowolne wiersze, śpiewano wesołe piosenki, ale nie były to kolędy. Dobrze nam się trafiło, ojca z matką nie było, szacher macher po cichu, pocałował w kąciku. I się grało to taka polka była (Zofia Granosik).
Piekło się pączki i racuchy, by mieć czym ich poczęstować. Trzeba było mieć dużo drobnych dużo, bo dzieci przychodziły. Śpiewali: Przyszli my tu na ostatki, nie mamy ojca ani matki itd. No i się częstowało pączkami, tam po złotówce się dawało. To zależy jakie dzieci, te małe to zadowolone były pewnie, a tym starszym to jeszcze po kieliszku (Anna Błaszczyk). Zebraliśmy i pieniądze i jedzenie i różne różniste, pełne kosze wszystkiego. To co mogli to dawali i jajka i pączki, i wódkę, kiełbasę wszystko, wszystko (Paweł Ladorucki). Ekipy z dorosłymi robiły różne żarty, tańczyli z gospodarzami, śpiewali wesołe piosenki, trochę takiego bałaganu narobiliśmy. Nigdy nie było tak, żeby przejść jakiegoś gospodarza i iść dalej, tylko wszyscy nas prosili, wszyscy. (Paweł Ladorucki). Ważne było, żeby co roku przebrać się inaczej. Plusem było przebranie się tak, żeby nikt nas nie rozpoznał. Zdarzało się, że dzień wcześniej chodzili dorośli, a w same ostatki chodziły dzieci. Muzykanci/ przebierańcy, którzy chodzili po kilku wsiach w jeden dzień nie zdążyliby odwiedzić wszystkich domów.
Poniższe zdjęcia z archiwum Beaty Pałasz.
A ja lubię dziadów jak przyjdom. Dzieci chodzili, ale i nasze się przebirały, jak z roboty wróciły i lotały po swoich takich domach. To było takie wiency rozrywkowe, lotały po dumch, po sklepach chodziły kobity, jeździły autym. My też jak małe byli, to chodziło się, jednom wioske, drugom. Pączki, jajko dawali na wsiach, a tak po miastach to wiency pieniążków dają. U mnie to jak przyszły to każdy dostoł po te pińć złotych, żeby każdy mioł sobie, nie to że jednymu. Na Wsi to jak ostatki chodziły to zabijali sobie świnioka, albo zabili sobie we dwóch, po połówce wzili, a jak nie to we czterech po ćwiartce se wzili, no ta jak kogo było stać . A jak byłam mała to duże dziady chodziły. Herody, z kosą śmierć chodziła, Herod – król. Oni to byli poubierane ładnie. Król taką koronę miał piękną, smierć z kosa chodziła. I w ostatki takie chodzili. Ja to sie w domu schowałam, jak mama miała warsztat, co robiła płótno i tego. Bo już w ostatki to się robi płótna. Trzech przyszło ich czy czterech, normalne chłopy, z kosą z tym, z tamtym. I się bałam, schowałam (Władysława Wróbel).
Na górecce zamecek,
na górecce liptum, tidrum,
dana, dana, zamecek, zamecek.
Schemat refrenu powtarza się
– W tym zamecku ni ma nic,
– Ino jedno paninka
– Wyglundała z okinka
– Miała matka trzy córy
– Nie wiedziała jak który
– Pierwsy było Barbara
– Chłopcom buzi dawała
– Drugi było Zofija
– Ładnie w tańcu wywijo
– Trzeci było Dorota
– Miała wianek ze złota

DWOK, t. 22